Słanialiśmy się ze zmęczenia, ale udało się. Oto i on – Polski Biegun Zimna! Wiżajny, miejsce położone na północno-wschodnim krańcu Polski. Miejsce tak lodowato zimne, że para z ust spadała nam boleśnie na stopy. Wzorem innych zdobywców biegunów, zatknęliśmy w zmarzniętej skorupie narodową  flagę. Uhonorowaliśmy również to miejsce pamiątkową tablicą, aby nasi potomkowie – jeżeli w ogóle ktoś jeszcze zdoła tu dotrzeć – wiedzieli, gdzie się znaleźli i potrafili docenić powagę chwili.





Z konieczności spędziliśmy u celu tylko krótki moment, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną. W ustalonym wcześniej miejscu czekał na nas specjalny pojazd, tzw. PKS (Polarny Krążownik Samobieżny). Dzięki niemu powrót do bazy odbył się sprawniej i szybciej niż podróż w tamtą stronę.



– Podejrzani udali się w kierunku granicy z Obwodem Kaliningradzkim, w celu dotychczas niewiadomym. Powiadomieni przez naszych informatorów, wiedzieliśmy, że spędzą tam niewiele czasu, po czym będą wracać tą samą drogą. Wiedziałem, jak długo zajmie im podróż w jedną stronę, więc oszacowałem, że powinniśmy być w Suwałkach jeszcze zanim oni tam dotrą. Zdążymy zatem zastawić pułapkę.


PKS zawiózł nas z powrotem do Suwałk. Na dworcu było jakieś zamieszanie. Dokładnie w chwili, gdy zajmowaliśmy miejsca w pociągu do Warszawy, pod stację podjechało chyba ze trzydzieści radiowozów i natychmiast zaczęli się z nich wysypywać rozgorączkowani policjanci. Niestety, nie zdążyliśmy zobaczyć, co działo się dalej, ponieważ pociąg ruszył.



– Umknęli nam dosłownie w ostatniej chwili! Po prostu nie wierzyłem własnym oczom. Musieli wykorzystać jakiś dodatkowy środek transportu, który pozwolił im wrócić spod granicy o wiele szybciej. W złości zadzwoniłem do Interpolu. Ktoś przecież musiał ich w końcu ująć. Gdy rzuciłem nazwiska, okazało się, że jeden ma jakieś powiązania z byłym premierem, a drugi – z ważną państwową instytucją. O mało co nie straciłem wtedy pracy...



Podsumowanie

Podróż zajęła nam 15 i pół godziny. Przemieszczaliśmy się pociągiem, PKS-em i, oczywiście, na nogach. Na Polskim Biegunie Zimna spędziliśmy niecałą godzinę, ale przewiało nas tak, jakbyśmy byli tam przez rok. Naszymi nieodłącznymi towarzyszami byli dębowy kij i polska flaga w plecaku. Wyprawę uważamy za wyjątkowo udaną. I tylko jedno wiąż nas zastanawia... Przez cały czas mieliśmy wrażenie, jakby ktoś nas śledził...