Tzw. raukary to wapienne formacje, powstałe w czasie topnienia lodowca. Rozrzucone są po całym wybrzeżu Gotlandii, ale szczególnie dużo zachowało się ich właśnie tu, na Fårö. Najbardziej znana i fotogeniczna skała zwana jest „Psem” lub też „Dzbankiem do kawy”. I rzeczywiście, przypomina kształtem jakieś zwierzę! A jednak, druga nazwa (nie wiem, dlaczego) bardziej przypadła mi do gustu.

Dawne legendy mówią, że obecność raukarów chroni Gotlandię przed wszelkimi nieszczęściami. Ale twórcy legend nie mogli przecież wiedzieć, że my tu przybędziemy!





Oprócz skał, ruin i Tygodnia Średniowiecza, Gotlandia słynie z lokalnego gatunku małych krępych koni oraz kudłatych, ciemnych owiec. To właśnie z ich wełny sporządzone było okrycie na siodełko przy moim rowerze. Z wełny owiec, oczywiście.




A zatem, zobaczyłem skałki, oddałem rower i właśnie przed chwilą wróciłem na kemping. Mamy trochę czasu, żeby się ogarnąć, bo nasz autobus (jednak jest jeden popołudniu!) odjeżdża o 17:20.


20:17



Tym razem to ja spałem w trakcie jazdy.

Kierowca nas zapamiętał. To ten sam, który prowadził, gdy jechaliśmy do Slite. „Not to Slite?” zapytał wesoło, gdy poprosiłem o dwa bilety do Visby.

Jesteśmy teraz na postoju dla camperów przy wjeździe do miasta. I już tu zostaniemy, bo ostatnia atrakcja, która na nas czeka, znajduje się w pobliżu Visby. A potem... potem ruszamy na Sztokholm!




Ale moment! Zanim rozbiliśmy namiot, postanowiliśmy jeszcze raz pójść na starówkę i, dla odmiany, zjeść coś na ciepło. Padło na chińczyka.

Powiem tylko, że nie polecamy chińskiej knajpy w Visby na Gotlandii. Zapłaciliśmy dużo, naczekaliśmy się dużo, a jedzenia dużo nie było.

Nie było też napiwku.

Za to Meksykanin, który przygrywał do kotleta, był w porządku! Zdradził nam, że jest w podróży od miesiąca. Rozbija się po Europie, a zarabia grając po starówkach na gitarze. Oczywiście, powiedzieliśmy mu, co musi zobaczyć w Polsce.

A „Baby, baby, it’s a wild world” do tej pory rozbrzmiewa mi w głowie!